Zgubiłam serce

Delegacja przyjechała i wyjechała. Posiedzieli kilka godzin i ulotnili się jak dym z papierosa, pozostawiając za sobą nieprzyjemny zapach wielkiej niewiadomej. Po co to było? Dwa lata przerwy wypełnionej całkowitym brakiem  kontaktu, dobrego słowa, czegokolwiek. A teraz jakby nigdy nic zjawili się w glorii dobro-rodzinnych stosunków i odwilży. Nie ufam, jakoś nie przekonuje mnie ta nagła zmiana frontu. Wolałam ciszę, przynajmniej wiedziałam na czym stoję.

A u Bzik coraz przyjemniej. Po pięciu latach poznawania się nareszcie kozetka w jej gabinecie przestała mnie uwierać w plecy. Ostatnio nawet wymsknęło mi się w rozmowie z Jesterem, że opowiedziałam Bzikowej mój erotyczny sen. „O, Boże nawet takie rzeczy jej mówisz?” – wpadł w popłoch. Moje przytaknięcie mocno zbiło go z tropu. Ubawiło mnie to. Przecież to moje terapeutka, jeśli jej nie będę w stanie zaufać to komu mogę? Dzięki godzinom spędzanym w jej gabinecie poznaję siebie, jest przewodnikiem przeprowadzającym mnie przez gęstą mgłę poplątanych emocji.

Dopiero od niedawna miewam niejasne przeczucie istnienia wokół mnie jakiejś rzeczywistości. Czasami nawet udaje mi się jej dotykać, ale jeszcze bardzo nieśmiało i na krótko. Nadal jednak najprostsza radość przyprawia mnie o zawrót głowy i sprowadza paniczny lęk przed stratą. Ciężko się żyje w świecie czystej neurozy. Ale przecież wrócił optymizm, więc nie może być znowu źle, nieprawdaż?

Na nowo gdzieś posiałam serce. Tym razem to papierowe. Odłożyłam na chwilę, żeby odpocząć i już nie odnalazłam. Obawiam się, że przepadło na dobre. Przeszukałam wszystkie półki, szafy i zakamarki. Przy okazji wytarłam całe tabuny kurzu. W zapomnianych czeluściach szuflad natknęłam się na stare elaboraty. A niech tam leżą. Jeść nie wołają. Czas na nie przyjdzie innym razem.

____________________