Ot, tak sobie

Prognozy się sprawdziły, nad Warszawą świeci słońce, na niebie nie widać ani jednej chmurki. Krzątam się po domu przygotowując swoje M3 na przyjęcie gości w postaci ZW i Wielkiej vel Długiej. Trochę się denerwuję. Spotkania z ludźmi zawsze mnie trochę onieśmielają, ale tylko trochę.

Gdyby nie ewidentny brak talentu, mogłabym śpiewać „od rana mam dobry humor…”. Co prawda jutro znowu wracam po przerwie do pracy, ale ponieważ bezczynność bardzo mi nie służy, autentycznie cieszę się perspektywą  zanurzenia w rutynie. Delegacja od-Siostrzanej misji pokojowej bawi właśnie u mojej mamy na rodzinnym obiedzie. Z przyczyn obiektywnych odmówiłam uczestnictwa.

Nowa książka Terry’ego Pratchett’a kusząco mruga ku mnie błękitnym okiem Śmierci z okładki. Jak dobrze, że czas nie stoi w miejscu i że nigdy nie wiadomo co może przynieść każda kolejna godzina życia. Mój optymizm wrócił dziś z urlopu na Bahama, a wraz z nim Anioł z twarzą Orlando Bloom’a.

____________________