Po staremu

Jeszcze raz wróciłam do lektury, ale tym razem metodycznie, powoli i bez szaleństwa – tylko miesiące „naszej znajomości”. Już niczego nie szukałam, choć właściwie… chciałam zobaczyć-przeczytać to co być może z powodu natłoku emocji dawniej mogło mi umknąć – jakiś kawałek, okruch człowieczeństwa. On jest przecież taki miękki i delikatny, jak prawdziwe pluszowe zwierzątko. Skulony na mojej dłoni niczym mały chomiczek, albo inna myszka. Niby taki wielki i silny – ot, ogromny facet, a tak naprawdę – puchaty króliczek-miniaturka, czy angorka. Czytaj dalej Po staremu

Dłubanina

Od naszej rozmowy Ukochany nie przestaje się uśmiechać. Tak niewiele, a jakże cieszy. Muszę się ponapawać, bo nie wiem jak długo taka idylla potrwa. Ukochany ma to do siebie, że łatwo się denerwuje i nie ma na to rady. Przywykłam do jego zmiennych nastrojów – jestem przecież kobietą, więc to doskonale rozumiem.

Jester (znaczy Ukochany) jest pierwszym facetem, którego nauczyłam się słuchać po prostu. Co prawda nie nazywałam tego wcześniej w ten sposób, ale Zając mi uświadomił, że świat składa się z dwóch sposobów podchodzenia do tego, co inni nam komunikują – kobiecy i ten „po prostu”. Miał – cholera jasna – Szarak rację. W słuchaniu „po prostu” mieści się nawet psychoanaliza, bo kobiece podejście do świata jest najzwyczajniej w świecie pokrętne i zmącone.  Czytaj dalej Dłubanina

Schaboszczak

Schab pieczony w sosie z pesto i oliwkami, do tego młode ziemniaki posypane koperkiem i świeże pomidory. Ukochany jadł tylko mu się uszy trzęsły. Dawno nie pochłaniał równie łapczywie podetkniętego pod nos posiłku. Co prawda nie mamine, ale zawsze żarło.

Heh, bo u nas w „magicznym domku” nawet psy miały dzisiaj ucztę. Dostały ugotowany z jajkiem, rybą i warzywami ryż, który na koniec „wzbogaciłam” oliwą z oliwek dzięki czemu mniej im będzie jechało z pysków, a sierść rozbłyśnie niczym wypomadowana czupryna Żabczyńskiego.  Czytaj dalej Schaboszczak

Zamówiony sen o nim

Miałam sen. Sen na zamówienie. Już nawet zapomniałam, że go zamawiałam. Dziwne, że Anioł dopiero teraz mi go wyświetlił. Ów sen był bowiem jak film – zupełnie jakbym obejrzała mini-nowelę wyświetloną na ekranie mojego umysłu. Żadnych przeskoków, żadnych dziwactw, wszystko jak zawsze w snach na zamówienie – proste i jasne. Nawet całkiem słoneczny to był sen i oczywiście prawdziwie magiczny.  Czytaj dalej Zamówiony sen o nim

Samobiczowanie

Tak się złożyło, że od kilku dni prowadziłam tak rozmyślania, jak i dywagacje na temat gier. A szczególnie gier seksualnych. Termin „gry” jest w psychologii szeroko używany i ma wiele zastosowań. Po mojemu jednak oznacza ni mniej, ni więcej „udawanie w jakimś celu”. Czasem dostosowujemy się do kogoś (np. przyjaźnimy się z ludźmi na ich warunkach), czasem odgrywamy coś aby wydębić od danej osoby to, na czym nam zależy. Jednak w większości przypadków kompletnie nie zdajemy sobie sprawy z „uprawianego procederu”.  Czytaj dalej Samobiczowanie

Warsaw welcomes to… Mr Zajęcze Serce

No i nawiedził nas powiew z Poznania… Muszę chyba więc opowiedzieć teraz o nauce tolerancji, jaka miała miejsce w praktyce.

Otóż mój małżonek, jak to rasowy heteryk chowany pod kloszem przez zaborczą mamusię, w życiu nigdy nie miał kumpla geja, ani nawet jago życiowe drogi nie skrzyżowały się z “kimsiś takim”. Heh.  Czytaj dalej Warsaw welcomes to… Mr Zajęcze Serce

W biurze

Niesamowity dzień. Rano, jak tylko przyszłam do biura moim oczom ukazał się wspaniały widok. Oto Beniamin we własnej osobie, cały piękny jak zawsze, tkwił tam wspierając swoje krągłe pośladki na blacie MOJEGO biurka. Wow! Aż westchnęłam. Potem przegoniłam na cztery wiatry i rozpoczęłam pracę.

Nastrój mi się wyrównał gdzieś kole 12-tej. A resztę formy odzyskałam dopiero teraz i mam wielgalachny uśmiech na twarzy. Lubię zrzucić z wątroby smutki i wywalić podmiotowi moich zgryzot prawdę między oczy. Już mi lepiej.

Teraz jeszcze posprzątam na powitanie Zająca & co. potem odeśpię nieprzespaną noc, spotkam się z Poznaniakami i upiję się chyba potem.

Tak… upicie się jest doskonałym pomysłem.

Rozzłoszczona więc i rozogniona, czyli narwana

Zmęczenie, ból w ramionach, mdłości i zawroty głowy. Zawsze tak mam na zejściu z adrenaliny. Jeszcze chwilę temu przecież byłam gotowa mordować. Niczego bowiem tak się nie brzydzę jak udawania.

Moja matka zawsze udawała. Kiedy trzaskała garami, drzwiami, rzucała rzeczami po mieszkaniu – pytana czy jest zła, nieodmiennie odpowiadała podniesionym głosem „ależ skąd co ci znowu przyszło do głowy?” – Pierwszą osobą, którą nauczyłam szczerości w odczuwaniu i przyznawaniu się do emocji byłam ja sama. Potem Ukochanego przyuczyłam, jak to się robi, potem Opokę vel pana Złota Rączka – ale już po rozwodzie. (Nawet Drukarz – Furiat – co nieco załapał po drodze).  Czytaj dalej Rozzłoszczona więc i rozogniona, czyli narwana

Moja codzienna wędrówka

Oj! miałam Ci ja chandrulca wczoraj, oj miałam. Sądząc po komentarzach jakie zostawiałam to tu, to tam, heh! Teraz jednak powoli przywykam do pustki w głowie. Tam, gdzie dotąd były głosy, szepty, obrazy – naraz zapanowała cisza. Nie martwa, nie przygnębiająca, tylko całkiem zwyczajna cisza. Widać Anioł ulitował się nade mną i zabrał mi dar. Już nie ma czarów, nie ma magii – jest za to dzień Bzika i psychologii. Jest comiesięczne szczepienie Pietruchy na roztocza, jest jeżdżenie z nim na terapię, jest życie! Czytaj dalej Moja codzienna wędrówka

Roziskrzona Alicja

„ (…) – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – mówiła dalej Alicja. (Do Kota)

– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.

– Właściwie wszystko mi jedno.

– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.

– Chciałabym tylko dostać się d o k ą d ś – dodała Alicja w formie wyjaśnienia.

– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, zaczęła więc z innej beczki:

– A kto mieszka tutaj w okolicy?

– W tym kierunku mieszka Kapelusznik – rzekł Kot zataczając krąg prawą łapą. – A w t y m (ten sam ruch lewą) – Szarak. Możesz odwiedzić któregoś z nich: obaj są zwariowani.

– Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami – rzekła Alicja.

– Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Alicja nie czuła się wcale przekonana. Pytała jednak dalej:

– A skąd pan wie, że jest pan zwariowany?

– Normalny pies nie jest zwariowany – odrzekł Kot. – Zgadzasz się z tym, prawda?

– Sądzę, że ma pan słuszność.

– A więc taki normalny pies warczy, kiedy jest zły, a macha ogonem, kiedy ma powód do radości. Ja zaś warczę, kiedy jestem zadowolony, a macham ogonem, kiedy ogarnia mnie wściekłość. Dlatego jestem zbzikowany.

– Ja nazywam to mruczeniem, a nie warczeniem – wtrąciła Alicja.

– Możesz nazywać to, jak ci się żywnie podoba. (…)” I tak dalej, i tak dalej”.*

Czytaj dalej Roziskrzona Alicja