Miłość

Cytat z książki Chögyam Trungpa – „Mit wolności a droga medytacji”

%

Istnieje ogrom energii w żaden sposób niescentralizowanej, nie należącej do ego. To właśnie ona jest nieześrodkowanym tańcem zjawisk, w którym wszechświat sam siebie przenika i ze sobą się kocha. Energia ta ma dwie cechy: jest ciepła niczym ogień i układa się w pewien wzór, tak jak i w ogniu prócz iskry zawiera się powietrze, nadające iskrze kierunek. Trwa w nieustannym ruchu – obojętne, czy widzi się ją przez mętny filtr „ja”, czy wprost. Jest niezniszczalna, jej strumienia nie da się przerwać. Przypomina wiecznie pałające słońce. Pochłania wszystko, nie zostawiając miejsca na wątpliwości ani manipulację. 

Lecz gdy ten żar sączy się przez filtr ego, popada w zastówj, ponieważ ignorujemy wtedy samą podstawę, niezmierny przestwór, w którym energia się porusza. Nie może ona wówczas swobodnie płynąć w otwartej przestrzeni, którą dzielimy z obiektem centrum dowodzenia ego, które każe jej ruszyć na zewnątrz i wciągnąć obiekt namiętności w obręb „ja”. Zniewolona w ten sposób energia sięga ku obiektowi, po czym wraca, aby pobrać kolejną porcję programowania. Wyciągamy macki i usiłujemy nadać związkowi ustaloną postać. Gdy tak próbujemy przylgnąć do sytuacji, porozumienie staje się powierzchowne. Dotykamy tylko powierzchni partnera i zatrzymujemy się na niej, nigdy nie kontaktując się z całym jego jestestwem. Oślepia nas własne lgnięcie. Przedmiot namiętności nie kąpie się w mocnym cieple swobodnego uczucia, lecz dusi w ciężkim skwarze neurotycznej namiętności.

Swobodna namiętność to pozbawione źródła promieniowanie, płynne, przenikliwe ciepło, niewymagające żadnego wysiłku. Nie działa niszcząco, bo jest zrównoważonym wysoce inteligentnym stanem istnienia. Kiedy trwamy w nieufnym zdystansowaniu wobec samych siebie, przeszkadza ono temu inteligentnemu, zrównoważonemu stanowi bytu. Kiedy się otwieramy rezygnując z ręcznie sterowanej zaborczości, nie zatrzymujemy się na powierzchni obiektu, lecz widzimy go na wskroś, do dna. Odbieramy go nie tylko w kategoriach myślowych, ale odczuwamy całą jego penie, która jest szczerym złotem. Zewnętrzne cechy partnera nie oszałamiają nas, lecz pozwalają natychmiast odczuć jego wnętrze. Docieramy więc do serca sytuacji, a jeśli jest nią spotkanie dwojga ludzi, wynika stąd ogromnie inspirująca relacja, bo nie odbieramy drugiej osoby wyłącznie przez pryzmat powabów fizycznych lub utartych nawyków, ale prócz powierzchowności widzimy też wnętrze.

Taki „całościowy” kontakt bywa jednak problematyczny. Załóżmy, że przejrzysz na wskroś kogoś, kto wcale nie pragnie odsłonić się przed tobą bez reszty, więc przerazi się i ucieknie. Co wtedy robić? Nadałeś pełny, rzetelny komunikat. Skoro tamten człowiek przed tobą ucieka, też ci coś w ten sposób komunikuje. Nie bądź zanadto dociekliwy. Jeśli zaczniesz go ścigać, prędzej czy później staniesz się w jego oczach demonem. Potrafisz przejrzeć jego ciało, jakby było przezroczyste, a on ma soczysty tłuszcz i mięso, które chciałbyś zjeść, więc wydajesz mu się wampirem. Im bardziej się za nim uganiasz, tym trudniej ci go dopaść. Może zbyt przenikliwie mu się przyjrzałeś przez pryzmat swojej żądzy, może za głęboko sięgnąłeś. Masz piękne, sokole oczy, przejmującą namiętność i inteligencję, ale nadużyłeś swoich talentów, igrałeś z nimi. To całkiem naturalne, że ludzie obdarzeni jakąś szczególną mocą lub energią talentu nadużywają tej niezwykłej właściwości, korzystają z niej w sposób niezgodny z jej przeznaczeniem, usiłując wniknąć nią we wszystkie zakamarki. W takim podejściu wyraźnie czegoś brak: poczucia humoru. Skoro próbujesz posunąć się za daleko, to widocznie nie czujesz terenu, tylko relację między sobą a terenem. Twój błąd polega na tym, że nie dostrzegasz wszystkich stron sytuacji, więc przeoczasz jej humorystyczny, ironiczny aspekt.

Czasem ktoś ucieka, bo chce się z tobą pobawić. Woli zabawę niż uczciwe, szczere, poważne zaangażowanie. Ale jeśli ma poczucie humoru, którego tobie brak, nabierasz w jego oczach cech demonicznych. I tu powinien zacząć się taniec, lalita. Z rzeczywistością, z jej pozornymi przejawami należy tańczyć. Kiedy czegoś bardzo pragniesz, nie kierujesz odruchowo spojrzenia ani ręki w stronę obiektu pragnień, a jedynie go podziwiasz. Zamiast wykonać impulsywny ruch, czekasz i patrzysz, co zrobi druga strona; w ten sposób uczysz się tańczyć z sytuacją. Nie musisz jej całej stwarzać; tylko ją obserwuj, współdziałaj z nią i ucz się poruszać we wspólnym tańcu. Dzięki temu sytuacja staje się nie tyle twoim dziełem, ile wzajemnym tańcem. Nikt siebie przy tym nie cenzuruje, bo jest to doświadczenie wzajemne.

Kiedy w związku dwojga ludzi panuje elementarna otwartość, wtedy wierność i szczere zaufanie pojawia się samorzutnie, z całą naturalnością. Macie ze sobą tak autentyczny, piękny i spontaniczny kontakt, że żadne z was nie może porozumiewać się ten sam sposób z nikim trzecim, więc siłą rzeczy skłaniacie się ku sobie. Ale jeśli pojawi się cień zwątpienia, jeśli poczujesz się zagrożony jakąś abstrakcyjną możliwością – chociaż wciąż łączy was wspaniała więź – zasiejesz ziarno paranoi i okaze się, że porozumienie z drugą osobą traktujesz wyłącznie jako igraszkę ego.

Jeśli zasiejesz ziarno wątpliwości, możesz się usztywnić i przerazić, że stracisz kontakt z partnerem, tak przecież dobry i prawdziwy. Nie będziesz już wiedział, czy łączy was miłość, czy agresja. Ta dezorientacja powoduje utratę dystansu i tak zaczyna się neuroza. Gdy tracisz właściwy ogląd sytuacji i niezbędny dla porozumienia dystans, miłość przeradza się w nienawiść. Otóż w nienawiści, podobnie do jak w miłości, naturalne jest pragnienie fizycznego kontaktu z jej obiektem, kiedy kogoś nienawidzisz, chcesz go zabić albo skrzywdzić. W każdym związku (miłosnym lub innym), w który zamieszane jest ego, istnieje groźba, że zwrócisz się przeciwko partnerowi. Póki trwa jakiekolwiek poczucie zagrożenia czy niepewność, związek miłosny może zamienić się w swoje przeciwieństwo.