Wakacje’11

Nie wiedzieć czemu zaczął do mnie wracać rok 2011. Chcąc odnaleźć źródło skojarzeń sięgnęłam po stare zdjęcia z tamtych czasów. Wakacje sprzed sześciu lat. Obrazy, które z mojej głowy wyparowały całe miesiące temu, a które zaczęły powracać i nękać mnie po nocach. Dawno nie słyszane dźwięki. Echo cudzego śmiechu lub tembru głosu. Szum fal. Ciepło promieni słonecznych niemal palących skórę. Zapach wód Bałtyku.

A przecież w lipcu 2011 r. wcale nie czułam, że wypoczywam. Miałam przed sobą całą masę decyzji do podjęcia. Prześladowało mnie wrażenie, że świat zaczyna ode mnie wymagać zbyt wiele, że nie szanuje mojego świętego langsam. Zdrowie dokuczało. Układy towarzyskie nie spełniały moich oczekiwań. A do tego jeszcze cudze oczekiwania zaczynały przerastać moją wytrzymałość psychiczną.

Dziś zajrzałam do starych plików ze zdjęciami. Sześć lat to całkiem spory kawałek czasu. Choć dla mnie to jakby zaledwie ułamek chwili. Z natury bowiem rozrechotane dziewczę ze mnie. Kiedy dzieje się ciągle coś nowego, człowiek się nie nudzi. Każdy dzień niesie ze sobą nowe wyzwanie. A nawet jeśli pojawia się wizja marazmu, tęsknota za ruchem fizycznym zaczyna przyzywać. Właśnie w roku 2011 nauczyłam się tej metody na życie. Ale w lipcu 2011 roku tego jeszcze nie potrafiłam…

Sen przemieszany z jawą. To dokuczało mi najsilniej. Nie poddawałam się jednak. Dwie nóżki są. Dwie rączki są. Gęste włosy mimo nieustannego stresu jeszcze nie wypadły. Uśmiech jest. Okulary na nosie pomagają widzieć innych. Zdrowie fizyczne dopisuje. Syn ma się dobrze i żyje. Miejsce pracy wciąż te samo. A nawet gdyby miało się zmienić, to trudno. Jednym słowem szklanka nadal pozostaje do połowy pełna. Takiego podejścia do życia wtedy się uczyłam.

Ale ktoś mógłby od razu zapytać dlaczego napełniania owej szklanki zaledwie do połowy? Otóż… Bo gdyby w całości to naczynie napełnić, życie stałoby się nudne i okropnie bezcelowe. Wtedy to już chyba trzeba byłoby się stać Gatesem. Tylko on umie opływając we wszystko nie oszaleć ze zgnuśnienia oraz zarozumialstwa.

Marchewka na końcu kija. Lubię sama ze sobą grać w taką grę. Bardzo często na w pół świadomie tworzę sama dla siebie wyzwanie. Wyznaczam metę, do której chciałabym dobiec. W roku 2011, a konkretnie w lipcu tamtego roku, postanowiłam udowodnić nie tylko samej sobie, że umiem realizować własne postanowienia. Dlatego powołałam wtedy do życia listę własnych priorytetów. W swojej wyliczance doszłam chyba do cyfry dziesięć. Oczywiście spory kawałek czasu zajęła mi realizacja ich wszystkich. Czyli m.in. odejście z korporacji. Przejście na rentę. Zajęcie się fotografią z nieco większą swobodą i przyjemnością. Wyzbycie się wielu nie tylko kompleksów, ale i zahamowań w uzewnętrznianiu własnych upodobań. Łatwość w podkreślaniu osobistej odrębności, jak i niepowtarzalności. Jak i remont mieszkania odziedziczonego po rodzicach.

Mogłabym długo tak wymieniać, bo sporo tego było. Pamiętam nawet, że całą tę listę – nieco inaczej sformułowaną – przelałam na wirtualny papier i schowałam głęboko, by móc w odległej przyszłości wyszukać go przez przypadek i móc szepnąć: Udało się! Co niniejszym właśnie czynię.

Zamykając pliki ze zdjęciami i odłączając od laptopa swój ulubiony dysk zewnętrzny nadal jednak czułam, jak dokucza mi ciągle ta sama myśl. Wiecznie to samo przewiercające mnie na wskroś spojrzenie. Ten sam niby to tajemniczy uśmiech. I upierdliwe niemal pytanie wykrzykiwane w formie martwej ciszy. Jedna wielka i nieco dziwaczna parafraza.

Kim była ta koleżanka, z którą w wakacje 2011 roku wyjechałaś nad morze? No kim, do cholery ciężkiej była?! A może nawet nadal jest…?

 To zabawne kiedy nasz wewnętrzny monolog zaczyna z czasem transformować ku dziwacznej formie dialogu. To trochę zaczyna trącać formą monodramu ewoluującego ku scenicznemu dialogowi. Podobno sny, które nam się nieustannie powtarzają, często dość celnie ilustrują nasze lęki lub zahamowania. Dlatego myślami wciąż tkwiąc zanurzona po uszy w roku 2011, przez długą chwilę zastanawiałam się nad tym, jak mogłam być postrzegana wtedy przez szereg dla mnie ważnych osób.

Pewnie nigdy już się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że wakacje nad morzem w 2011 roku spędziłam z nauczycielką mojego syna. Osobą, która bardzo mi pomogła w pracy nad zaburzeniami Bartka. To ona – owa artystka – jako pierwsza udzielała mu lekcji z rysunku i pomagała w operowaniu ołówkiem oraz kredą. Dzięki niej przez chwilę miał w pokoju swoją własną sztalugę.

Artystkę rzucił właśnie mąż. Ja bardzo źle się czułam zdrowotnie. Dlatego obie wraz z jej córkami wyjechałyśmy na drugi koniec Polski, aby choć przez chwilę przestać myśleć o tym, co nas obie – każdą oddzielnie – boli. Wakacje tak sobie przebiegły, bo do niej wydzwaniał mąż i kłócił się z nią o kasiorę. Ja bardzo się źle czułam zdrowotnie. Pogoda była taka sobie. Niechciane wspomnienia nam obu bardzo dokuczały…

Ot, życie nie zawsze bywa piękne, mimo iż z pozoru może się takim wydawać.

______________________________________________________

______________________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner