Ogrom i siła

Uwielbiam zwalistość. Moc ciężaru. Siłę trwania w miejscu. Pewności, że nawet trzęsienie ziemi nie od razu pokona to, co głęboko zapuściło korzenie w nie zawsze żyznej glebie.

Najsilniejsza bywa skała. Tylko woda i trzęsienie ziemi daje jej radę. Ruchy tektoniczne i człowiek się do tego dokładają, ale nie nieustannie. Człowiek szybko umiera, a skała nadal trwa. Całe wieki. Tysiąclecia. Eony.

Twardość to stabilna moc. Nie płonie. Nie gryzie ani kąsa. Jedynie spokojnie obserwuje. Widzi ludzkie mrowisko. Czasami eksploduje i parzy, ale tylko w określonych miejscach globu. Jeśli człowiek wie, czego unikać, niekoniecznie ginie roztopiony płynną lawą lub zasypany wulkanicznym pyłem.

Bomba atomowa może wszystko. Niemal wszystko. Może zniszczyć glob od środka. Zniweczyć to, co bakterie i inne mikrony budowały przez trudny do pojęcia odstęp czasu. Człowiek ku uciesze rozrechotanych gapiów posiada swoją własną moc i nie waha się, by jej użyć. Ale czy aby na pewno posługuje się siłą utkaną nicią rozsądku, zanurzoną w sensie istnienia?

Skłonności samobójcze dokuczają ludziom od zawsze. A skałom nie. One były i nadal są. Część z nich obraca się w pył, ale ten pył gromadzi się na dnie oceanów, by z czasem pod naporem własnego ciężaru znowu stać się skałą. Koło przyczynowo skutkowe. Na tym opiera się sens istnienia monolitów. Coś powstało, więc i zginie, obróci się w pył, by niepostrzeżenie dla oka ludzkiego znów się odrodzić.

Lubię przyglądać się temu, co mnie otacza. Bez analizy. Bez zastanawiania się nad trudnym do ogarnięcia sensem. Po prostu chłonąć piękną brzydotę miejskich ulic i ludzkiego niezadowolenia. Szczęk kajdan. Głuchy zgrzyt niewidocznych łańcuchów oplatających każdego przechodnia. Emocje są tym, co wirtualnie oplata wszystkich, nawet obserwatorkę.

Szamotanina charakteryzuje wszystkich. Jest etykietą człowieczeństwa. Jedno wielkie co by było gdyby molestowane przez namolne dlaczego. Smutek przemieszany z nadzieją lepszego jutra. Albo zemsty. Widoku ciosów i kopniaków serwowanych przez życie innym onym. Jeszcze popamiętacie. Motto codzienności wielu kulawych i ślepych. Wirtualnie uszkodzonych. Mentalnie skopanych przez okrutne życie.

Czy tym jest karma? Owo przeznaczenie jakie człowiek sam dla siebie tworzy? Chyba tak. Pewnie właśnie o tym już tysiące lat temu mówili mędrcy tego świata. Ci mniej sławni nadal to robią, ale niewielu ich słucha. Biali Żółtym rzadko kiedy wierzą. Choć ich podziwiają. Ale tylko podziwiają. Nie potrafią naśladować. Przywdziewać ich skóry. Ich dla Białych dziwacznej odmienności.

To wzajemna miłość skalana zawiścią. Żółci suną wzdłuż śladów wydreptanych przez Białych. Budują gmachy. Umieją coraz lepiej strzelać i podkładać bomby. Uczą się nienawidzić. Postrzegać wszystko wokół jako własne, a nie wspólne. Grupa ginie. Jednostka się rodzi i twierdzi, że wie wszystko, że to ona kładzie podwaliny pod coraz gorsze jutro. To nie kosmos wpływa na człowieka, ale człowiek na kosmos.

Budda już dawno temu się spakował i zaczął zapuszczać korzenie w Europie. Co chwilę odradza się jako Biały albo lubiący towarzystwo Białych. Coraz lepiej mu wychodzi powtarzanie mantr w narzeczu owych Białych i Białawych. To naprawdę mądry nauczyciel. Unika zastoin. Idzie ku temu, co nowe. Nie płacze nad ruinami tego, co samo zgrzeszyło, więc ugięło się pod naporem sąsiedzkiej agresji.

Budda widzi i nie grzmi. Kto zgrzeszył we własnym świecie. We własnej poplątanej rzeczywistości opływającej w toksyczne emocje. Ten dostaje razy od historii i okrutnych sąsiadów. Tak właśnie ta rzeczywistość jest skonstruowana. Zabrałeś, to rzeczywistość zmusi cię byś oddał i to z nawiązką. Pozostajesz ślepy na to, co cię otacza, więc to coś cię ostatecznie pożre.

Twój własny cień wypełznie spod ziemi i pokaże rogi. Byłeś święty i zbawiający świat, a jednocześnie pozostawałeś głuchy na cudze wołanie, to i z czasem się na tobie zemści. Okrutnie wychłoszcze własną siłą. Powie co dla ciebie lepsze. Uczyni bezwolnym. Przez chwilę, ale za to boleśnie.

Religia Białych inaczej morduje. Umie gwałcić. Molestować. Palić na stosach. Krzyczeć w niebogłosy, kiedy wybrany przez nich Innowator wprowadza reformy. Przebierańcy go za to nienawidzą. Rzucają mu kłody pod nogi. Oto koło Darmy zatacza koło. Powróca do własnego punktu wyjścia. Chrystus też miał nawracał. Jego nienawidzili Faryzeusze. Zgniął na krzyżu. Papieża nienawidzą biskupi i mściwi inkwizytorzy. Zdetronizują go.

085007_1.tif. ** FILE **Legendary silent film actor/director Charlie Chaplin is shown in a scene from the 1940 film "The Great Dictator," his first film with dialogue, in this promotional photo. Chaplin plays the dual roles of a sweet-natured Jewish barber and a murderous Hitler-type dictator. Four of Chaplin's films "The Gold Rush," "The Great Dictator," "Modern Times," and "Limelight," are being released on DVD July 1, 2003, from Warner Home Video, as the first in a series of ten titles included in "The Chaplin Collection." (AP Photo/The Roy Export Company Establishment, HO)
Charlie Chaplin

Biali lubią mordować. Również tych, których sami wybrali na przywódców. Potykają się o własną głupotę. Ślepotę. Naiwność. Mają swoje szare eminencje, które pod pozorem żalu po stracie bliskich uczą innych nienawiści do wszystkiego i wszystkich. A rządni władzy ślepcy suną w ślad za swoim własnym Fuhrerem. Jeszcze po karabiny nie sięgają, ale armatki wodne już trzymają w pogotowiu.

Ludzka historia pokazuje jednak, że to, co człowiecze i tak ostatecznie po latach przemija. Czas bywa okrutny i bardzo konsekwentny. Fuhrer kiedyś umrze. Skona w boleściach. A skały będą się temu przyglądać. Bez uśmiechu. Bez smutku. Bez emocji. W ciszy własnego trwania. Własnej statyczności. Własnego tu i teraz.