Senne bla bla bla…

Po dziewięciu godzinach spędzonych w pracy wróciłam zmęczona. Siedzenie w pracy nie zawsze sprawia przyjemność, szczególnie jeśli wokoło panuje chaos. A tak właśnie dziś było. Wszyscy biegali, denerwowali się, sprawdzali czy inni mają co robić. Z ulgą opuszczałam korporacyjne podwoje. Szefowa podwiozła mnie do domu.

W domu już na dzień dobry czekała mnie bura, bo za długo szlajałam się po cudzych kontach. Ktoś za mną tęsknił, to miłe. Jednak za sprawą nieśmiałej prośby pozostawiono mnie sam na sam z rowerkiem. Musiałam odreagować cały dzień nerwów. Półtorej godziny pedałowania dobrze robi. Tysiąc kalorii pęka, licznik pokazuje trzydzieści sześć kilometrów, na twarzy znowu pojawia się uśmiech. Grunt to umieć się dobrze zmęczyć.   

Nadal ten sam kryminał zadźwięczał w uszach. Jednak książkowa pani Sifu to główna winowajczyni. Przez przypadek usłyszałam ostatni rozdział – źle kliknęłam. Ona i trójka jej uczniów wymierzali sprawiedliwość. Skośnoocy kaci. Biały mordował, Chińczycy odpłacili pięknym za nadobne. Tego można się było spodziewać. Oczywiście policja amerykańska nie mogła dociec prawdy, bo skośnooki oficer zafałszowywał fakty. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie, więc odruchowo przyjęłam konkretne założenie. Do tego ostatniego rozdziału zostało mi jeszcze osiem nieprzeczytanych. Dotrę do sedna, konsekwentnie zamknę tę historię.

Schudłam. To dopiero jakieś pięć kilo, czy coś koło tego, ale życie przed nami. Znając mnie pewnie dość szybko dołożę do tego jeszcze kilka. Patrząc na siebie w lustrze wczoraj zastanawiałam się dlaczego w moje życie są tak silnie wplecione zmiany. Nigdy nie byłam wiecznie taka sama, zmienna ze mnie istota, choć dość stała w działaniu – uczuciach. W ramach zadanego pytania noc przyniosła sen. Było o tym dlaczego wiecznie śnię niemal na jawie.

Kiedy wycieli mi ćwiartkę mózgu podobno sami byli zdziwieni, że wybudziłam się bez paraliżu. Co prawa przez jakiś czas miałam nierówną twarz, bo część mięśni odpowiadających za lewą część twarzy gorzej działała, ale przez rok to się wyrównało. Wciąż pamiętam minę pana ordynatora, który mnie operował, jak kilkanaście dni po zabiegu patrzył na mnie siedzącą na łóżku i szydełkującą nieco nerwowo. Nie dawałam rady spójnie myśleć, bo poszatkowali mi kawał mózgu odpowiadający za pamięć, więc bawiłam się w robótki ręczne, bo to nie wymagało nazywania rzeczy po imieniu. I ten właśnie pan ordynator zagaił. Pani dokonała wielkiej rzeczy – wtrącił między zdaniami – przy naszej rozmowie wstępnej, tej sprzed operacji nie sądziłem, że zniszczenia będą aż tak znaczne. Wspaniale udało się pani pokonać kalectwo własnego mózgu.

Myślę, że w tym mi pomogło pisanie, klecenie zdań i czytanie. Pamiętam, że zaraz po urodzeniu syna – jako autentyczna siksa – czternaście lat przed operacją miałam narastający kłopot z kojarzeniem niektórych sformułowań, więc się ich znaczeń uczyłam na pamięć… To był bardzo dobry pomysł, jak się okazało. Przynajmniej tak powiedział pan ordynator.

Wycieli mi ćwierć narzędzia obsługującego świadomość, więc jego funkcje przejęła właścicielka podświadomości, druga półkula. Świat snów przejął we władanie świat jawy. Dlatego kiedy frunę, widzę wirtualne obrazy na jawie. Z tego też powodu, kiedy śnię, znaczenia tych obrazów dość szybko stają się dla mnie jasne. Ja jestem jedna wielka chodząca podświadomość. W pewnym (medycznym) sensie prawdziwa wiedźma ze mnie. I o tym właśnie mówił mój sen.

Najlepiej zapamiętałam główną scenę, tę o podświadomości. Stałam na trampolinie bardzo wysoko, kilka pięter ponad ziemią. Na dole widziałam basen. Skoczyłam bez lęku, z radością, prosto na główkę. Bardzo miękko wpadłam do wody, która okazała się bardzo płytka. Ale ja nie obiłam się o dno, ani o brzegi basenu, swobodnie płynęłam ciesząc się poczuciem bezpieczeństwa. Woda była czysta, klarowna. A to ważny symbol braku zaburzeń na poziomie podprogowym.

Woda to z jednej strony symbol kobiecości, z drugiej świata właśnie podprogowego. Moja granica postrzegania dzieląca świadomość i podświadomość jest bardzo płytka. Z łatwością sięgam dnia, czytam, rozpoznaję symbole niemal odruchowo. Pewnie stąd owe sny na jawie. Obrazy, które przypływają, z czasem przybierając kształt codzienności.

Jak często się mylę co do sensu owych „wizji”? Nie wiem, może wiele razy… jestem tylko człowiekiem, lubię dostrzegać w tych obrazach to, o czym w cichości ducha zdarzało mi się zamarzyć. Dziś w pracy znowu zobaczyłam jeden z takich elementów, wyśnionych obrazów. Nawet główna bohaterka, szefowa, była ubrana na biało, jak w moim śnie. Czy coś to zmieniło? Czy równało się ze zmianą w życiu lub przełomowym momentem? Nie, okazało się trywializmem, niczym więcej. Pani Szefowa stała, mówiła, że nam się udało, że nowe rozwiązania okazały się trafne, że wszyscy są zadowoleni, więc my też. Przez chwilę wyglądała na szczęśliwą na swój własny sposób.

Pewnie tak samo będzie z pozostałymi wyśnionymi „przepowiedniami”. Przybiorą kształt jawy w inny sposób, niż chciałabym tego doświadczyć. Czasami zapominam bowiem na jakie pytania stanowiły one odpowiedź. A to ma przecież bardzo istotne znaczenie. Co innego chcieć, co innego cieszyć się otrzymanym darem. Wróżby zawsze mogą kłamać, pokazując jedynie pragnienia, a nie przyszłe fakty.

Brak pewności więc, czy nasz dział rzeczywiście przetrwa próbę czasu. Wiąż nie padła ostateczna decyzja. Wracając wspólnie z Szefową po pracy, słuchałam, jak uzewnętrznia świeżą dawkę lęku. Poczułam się zmęczona. Ile można znieść w tak krótkim czasie, jak wielką amplitudę skoków cudzego nastroju? Kobiety to jednak bardzo trudny gatunek. Nie nawykłam do intensywnej codzienności z jakąkolwiek panią. Myśl o tym przeraża mnie nieco bardziej niż odrobinę. A przecież sama w niczym od całej reszty nie odbiegam, bywam humorzasta jak diabli. Mimo wszystko jednak… moje sny… myśl o jakichkolwiek zmianach w codzienności… no boję się i tyle.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner