Tańcząc na linie

Od czego tu zacząć? Sporo słów przede mną. A czasu nie tak znowu wiele. Mam na imię Matylda. Oczywiście nie naprawdę, ale tutaj niech tak pozostanie. Znajomi nazywają mnie Mati, bo takie zdrobnienie brzmi najlepiej. Gdzie mieszkam? I tu już zaczynają się schody, bo nigdzie właściwie. Moje ciało leży w szpitalu miejskim, ale ta prawdziwa ja fruwa między wymiarami.

Spytacie, czy to mi odpowiada? Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. I dobrze, i źle zarazem. Czyli trudno to wyjaśnić. Ale może zacznijmy od początku, bo inaczej nigdy nie zrozumiecie mojego punktu… wiszenia.

Zaczęło się banalnie. Śpieszyłam się do pracy. I choć z natury nigdy nie byłam roztargniona, tego dnia koncentracja odmówiła mi posłuszeństwa. Czułam się zmęczona nerwami, zaganianiem i panicznym lękiem, że jednak nie dam rady. Ale o tym nie teraz.

Wracałam z wizyty. Miałam do przebiegnięcia zaledwie kilka przystanków autobusowych, które dzieliły mnie od biura. Postanowiłam pokonać odległość na piechotę, żeby móc spokojnie pomyśleć zanim znowu otoczą mnie ludzie. Tego dnia nie miałam ochoty uśmiechać się do wszystkich, ani udawać nieprzytomnie szczęśliwej optymistki. To nie był moment na zwyczajowe odgrywanie wiecznie radosnej kretynki.

Podeszłam do przejścia dla pieszych. Jakiś kawałek mnie krzyczał w niebogłosy, ale drugi fragment mojego JA pozostawał ślepy na otaczającą rzeczywistość. Właściwie wystarczyły dwa kroki, żeby moje rozterki i wahania zostały w ułamku sekundy skrócone do niezbędnego minimum. Spory Mercedes nie dał rady wyhamować. Według późniejszych raportów policji i lekarzy mimo wszystko udało mu się mocno zwolnić, skoro nie zginęłam na miejscu. To jednak nie pomogło, bo nie obudziłam się. I nie potrafili wyjaśnić dlaczego właściwie zapadłam w śpiączkę.

I tu właśnie ta historia się zaczyna…

Jakiś kawałek mnie pozostał żywy. Oczywiście nie tylko ten fizyczny fragment, jakim jest ciało. Ale również świadomość przez chrześcijan często nazywana duszą, a przez buddystów umysłem. Zupełnie jakbym zawisła między tu i teraz, a światem już całkiem pozamaterialnym. I ani w te, ani we w te. Trochę jak w tym filmie „Druga Prawda” z Jeremim Ironsem w roli głównej.

Na tamtym ruchomym obrazie główna bohaterka grana przez Glenn Close opowiada, jako narrator, o tym dlaczego jej mąż został oskarżony o morderstwo. Oczywiście w filmie nigdy nie zostaje pokazane jaka była prawda. I chyba właśnie tu moja historia sprzęga się z tą opowieścią. Bo zawsze istnieje jakieś drugie dno.

Gdyby ktoś mnie zapytał jak powinien wyglądać film o mojej prawie śmierci, musiałabym chyba zacząć od czego innego. Wypadek stał się na swój sposób jedynie wielkim finałem. Jednak kłębek symbolizujący zwitek nici tworzącej tą opowieść, rzucony byłby w zupełnie innym miejscu labiryntu. W czasach, kiedy zaczęłam dorastać. Ale wtedy całkiem popsułabym opowieść, tajemnica znikłaby niemal w jednej chwili. A przecież nie tak się intensyfikuje czytelnikom rozwój akcji, nieprawdaż?

Dlatego jak w tym filmie, zacznijmy opowieść od samego środka…

To było dość upalne lato. Do biura dotarłam spóźniona, bo mój syn – Jeremiasz – nie czuł się najlepiej. Długą chwilę zastanawiałam się, czy nie powinnam zostać w domu. Ale pani Hania, jego opiekunka i pielęgniarka w jednej osobie, spokojnie i cierpliwie wybiła mi ten pomysł z głowy. Pewnie miała rację. Jak zawsze zresztą. Emocje od pewnego już czasu mocno dawały się mi we znaki.

Kiedy usiadłam przy własnym biurku, cała kupa papierów czekała na mnie z utęsknieniem. Oczywiście nikogo nie zdziwiło, że miałam poślizg w dotarciu do pracy. Przywykli do tego. Beniamin, mój najlepszy przyjaciel i zaufany powiernik, jedynie uśmiechnął się życzliwie, szepcząc przy tym – „No nareszcie, kochanie.” Oczywiście drgnęłam nerwowo. Nie lubiłam, kiedy Beni tak mnie tytułował. On wiedział o tym, a mimo wszystko nie poprzestawał w staraniach. „Musisz pamiętać, kochanie, że każda branża funkcjonuje zgodnie z przyjętymi zasadami. Grunt to umiejętność godzenia się z tym”.

Ale ja nie potrafiłam się z tym twierdzeniem zaprzyjaźnić. I chyba na tym właśnie polegał mój problem. Dzika złość do całego świata nie dawała mi spokoju od naprawdę wielu lat. Tylko Beni o tym wiedział. A mimo wszystko cierpliwie znosił moje fochy. Pewnie dlatego, że umiałam dawkować okazywane światu niezadowolenie.

Mimo wszystko zmęczenie materiału dawało o sobie znać. Poprzedniego dnia szef powiedział nam, że będzie więcej pracy. Mieliśmy zacząć obsługiwać dodatkowe branże tematyczne, więc całe mnóstwo tekstów trafiało na nasze biurka. Nawet jeśli kocha się czytanie, można po jakimś czasie poczuć się wyeksploatowaną. Szczególnie jeśli trafia nam się co i raz jakieś trudne do przełknięcia gówno, a mimo to trzeba je przełknąć z podniesionym czołem.

Tym właśnie była moja praca. Łapaniem się za bary z cudzą twórczością. Początkowo to mnie bawiło, ale rutyna z czasem zabiła uczucie radości pozostawiając po sobie jedynie niesmak. Szczególnie jeśli trzeba było się podpisywać pod czymś co nie mieściło się w granicach naszej akceptacji, ale szef poprosił… Na szczęście takie sytuacje zdarzały się niezwykle rzadko.

Sięgnęłam po pierwszą lepszą kupkę papierów, wynalazłam sporą kopertę i wyciągnęłam schowany w niej skrypt. Nie był przesadnie gruby i nosił zabawny tytuł „Pocałunek Anielicy”. Ostra tandeta w swoim wyrazie i mało komercyjny pomysł, ale co mi tam, skoro położono to na moim biurku, znaczy że trzeba się wziąć do pracy nad tym czymś.

Pierwsza strona nie prezentowała się zbyt ciekawie. Trochę opisów, słaby klimat, nic ciekawego o głównej bohaterce. Jednak po dwudziestu stronach wreszcie zaczęło się robić ciekawie. I o dziwo nie było zbyt wielu błędów lub kłopotliwych zwrotów.

Pewnie jeszcze tego samego dnia przebrnęłabym przez połowę tej opowieści, ale Beniamin nie pozwolił mi na to. Z uporem godnym podziwu wyciągnął mnie na przerwę. Niby lunch, a tak naprawdę ploteczki, papierosek i chwila wytchnienia. Nie lubiłam palić, ale przy Beniaminie przywykłam do zapachu nikotyny przemieszanego z uczuciem swobody i odpoczynku.

Beniamin pracował w tej firmie o dwa lata krócej ode mnie mimo to lepiej znał układy i układziki panujące w firmie. Mnie to umykało, bo nie lubiłam z ludźmi rozprawiać o innych ludziach. On natomiast rozkoszował się w ciągłym obrabiania tyłka każdemu kto przechodził obok. Rutyna to była jego specjalność, więc tego dnia od tego samego tematu rozpoczął naszą tytoniową pogawędkę.

– Słyszałaś o ostatnim romansie Sandry z księgowości?

– Nie to mi w głowie – burknęłam udając nadąsaną.

– Akurat – Beniamin roześmiał się rubasznie. – Pomyślałby kto. Zwykle to ty najlepiej się orientujesz w sprawach towarzyskich. Dobra obserwatorka z ciebie.

– No i co z tego? Sandra mnie nieszczególnie interesuje. Jest niezbyt miła – westchnęłam już całkiem poważnie. – Nie mam dziś ochoty plotkować. Pomówmy lepiej o Adamie. Nadal się z nim widujesz?

Beniamin zmieszał się lekko. Odruchowo wzruszył ramionami. Nie wyglądał na zachwyconego pytaniem.

– Już się nie spotykamy – powiedział cicho i dopiero wtedy spojrzał mi w oczy.

– Dlaczego? Przecież mówiłeś, że bardzo cię kręci, że ma w sobie to coś – poczułam się mocno zaskoczona.

– Ale on nie odwzajemnił mojego zachwytu. Ja w jego pojęciu byłem nudny – bardzo cicho szepnął. Nawet nie od razu w pełni pojęłam sens jego słów.

– Chcesz powiedzieć, że po chamsku cię spławił? – oburzyłam się.

– Daj spokój, Mati. On nie był wart zachodu. I lubił dziwaczny seks. Zapomnij o nim. – Beniamin zaśmiał się sztucznie. – Pogadajmy lepiej o twoim synu.

– Odpuść mi – tym razem ja się zmieszałam. – Umiesz się mścić za przykrości, co? Wracajmy do pokoju. Nie chce mi się tu sterczeć.

Bez słowa obróciłam się zgodnie z własnymi słowami, ruszyłam w powrotną drogę. Beniamin nie podjął próby zatrzymania mnie. Zgasił papierosa i podążył w ślad za mną.

To był nudny dzień.

____________________

  • nigdy nie dokończony tekst

______________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner