Wojaże

To był naprawdę ostry i przyjemnie forsowny weekend. A wszystko zaczęło się już w piątek przed południem. Samolot z Anglii wylądował bodaj już o 11:10. Czyli całe pięć minut przed czasem. Jednak nie od razu go zobaczyliśmy. Choć oczywiście czekanie nam się nie dłużyło. To było raczej miłe sercu pół godziny gaworzenia co tam w życiu czekających ostatnio się działo. Może jakaś nowa miłość, może trochę imprez albo zdrowienia, nie wspominając o szalonym pędzie ku bliżej nieokreślonej karierze zawodowej. 

On i ja grzecznie staliśmy trochę z boku, ale nieopodal wyjścia z PRZYLOTÓW i zerkaliśmy na drzwi. Oboje cieszyliśmy się bardzo, że właśnie JEGO przyjdzie nam zobaczyć. Dla mnie miły sercu Pan Rak, czyli zaufany przyjaciel, a dla niego… niestety tylko kumpel.

Mały i szczęśliwie niedwuznaczny trójkąt, ale za to jakże szybko zżywający się ze sobą. Odruchowo przychodzi do głowy tekst starej dobrej piosenki: „…było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel…” – tyle tylko, że w tym przypadku ów jeden z trzech to zdecydowanie kobieta od 12-go roku życia okaleczona ogromnym biustem.

Za piętnaście dwunasta – oczywiście w południe – nadszedł wreszcie ten moment, kiedy ON, nie kto inny, tylko właśnie ON pojawił się w suwanych drzwiach i jak zwykle z uśmiechem na twarzy zbliżył się nieśpiesznie do pary niemal rozanielonej jego widokiem. Trochę to przypominało przybycie gwiazdy rocka albo jakiegoś aktora. Inny styl bycia, inny wizerunek, fryzura charakterystyczna dla aktorów sunących po czerwonym dywanie w Hollywood. Zero polskości. Ot, pan Angol – pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Uściski, całusy, westchnienia. Przybyły w tzw. międzyczasie pan Mąż też dostąpił honoru wymiany “graby”. Wszystko w zgodzie z poprawnym bon ton’em. Nieśpiesznie ruszyliśmy w stronę parkingu. Szanowny pan Jesion, uroczy pan Picasso i ja – ta sama Szara, co zawsze. A przodem, przecierając szlaki sunął pan Mężysko we własnej osobie.

A potem poszły konie po betonie. Czas rozpoczął pędzenie na oślep. Mała kawa, kilka kulturalnych pogawędek, wspomnienia i masa śmiechu. Później wyprawa do Empiku w centrum Warsaw City i eskapada metrem na Żoliborz w celu odebrania niewielkiej przesyłki. Aż wreszcie wieczorny rajd do gej klubu.

Kiedy jeszcze przed 22-gą dojechaliśmy do tego (dla mnie tajemniczego) miejsca, jeszcze mało ludzi tam było. Ale nawet się nie obejrzeliśmy, a tłum zaczął się gromadzić gęstniejąc z minuty na minutę. Co prawda nie było tam równie miło i egzotycznie, co w Anglii (nikt się nie rozbierał, ani nie całował zbyt spektakularnie), ale i tak zabawa była dla wszystkich przednia. Muzyka przyjemnie taneczna i bardzo wesoła w swoim brzmieniu. Ludzie wokół uśmiechnięci i otwarci na nowe kontakty, a my… pijani tak od alkoholu, co i z radości, że możemy kilka chwil spędzić razem.

Wyszliśmy niedługo przed trzecią nad ranem. Mężysko porozwoził wszystkich gdzie potrzeba.

Poranek przyniósł ból głowy i dziki jazgot masy nowych obrazów bulgoczących pod powiekami. Dla mnie to była mimo wszystko nowość, móc znowu niemal non stop przebywać wśród przyjaciół; mieć miłe sercu grono sporej grupy ludzi niemal na wyciągnięcie ręki. Ten nowy stan codzienności bardzo przypadł mi do gustu. Dobrze wiedzieć, że nowej Kasi już nie ma, za to powstała z martwych stara dobra Szara.

W podróż wyruszyliśmy dopiero po jedenastej. Kac wziął górę nad wszystkim. Choć oczywiście uśmiechy nadal nie schodziły nam z twarzy. Podróż miała być krótka, ale za to pełna emocji. I tak właśnie się stało.

Ani się obejrzeliśmy, kiedy dotarliśmy do rodzinnego miasta Jesiona. Kilka uścisków ramion i mimo chodem wycierana łza dopełniły pożegnania. Jester i ja ruszyliśmy dalej na południe kraju, ku pradawnej stolicy Polski. Smok pod Wawelem już czekał na nas.

Wizyta u chrzestnej mamy stanowiła niebagatelną atrakcję. Moje prawie, że na dobre zaprzepaszczone relacje z krewnymi zaczęły się przyjemnie (i chyba na dobre) reaktywować. Pustka przestała stanowić fakt. Kolejna bzdura odchodząca do lamusa, oby na dobre.

Spędziliśmy tam zaledwie jedno popołudnie, wieczór i noc. Niedzielny poranek oznaczał konieczność powrotu do domu. Ale tyle to i tak było dużo. Nasze głowy i serca przepełniało poczucie przynależności do prawdziwej rodziny. Chyba jednak niezniszczalna więź w pełnych stu procentach przetrwała minione lata. Możliwość odwiedzenia starych, w dzieciństwie dobrze znanych miejsc, jak również osób bardzo dawno niewidzianych, to dopiero było coś. Wszystkim życzę tyle przyjemności, co nam przypadło w udziale przez te zaledwie trzy dni.