Pomocna kocia łapa

Powietrze ponad gałęzią zafalowało jakby nagrzane niewidzialnym płomieniem i zaraz potem ukazała się postać wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny. Anioł już od dłuższej chwili wygodnie ułożony na sąsiednim konarze nie zadał sobie trudu by choćby najdrobniejszym skinieniem brwi okazać zdziwienie. Co więcej, nie spojrzał na nowo objawionego sąsiada. Niezwykle spokojnie i jakby od niechcenia wyszeptał:

– Witam cię Wilku. Cóż to za sprawy – rozumie się – niezwykłej wagi zdołały cię wywabić z jakże wygodnego legowiska w twojej wieży? – kąciki ust Anioła lekko drgały zdradzając z najwyższym trudem tłumiony uśmieszek.  

– O losie, Anioł jaki ty dziś górnolotny – spokojnie odpowiedział Wilk. Miał ciepły i dość niski głos. Mężczyźni nie patrzyli na siebie, ale w stronę drogi przebiegającej pod rozłożystym dębem, na którego gałęziach wpół leżeli.

– Nie wzywaj imienia bóstwa nadaremno, bo jeszcze zacznie się mieszać w sprawy Wyspy, a tego ani ty, ani ja byśmy chyba nie chcieli, czyż nie? – Anioł nawet nie próbował ukryć szyderstwa w głosie.

– Masz na myśli Los? – upewnił się Wilk spoglądając po raz pierwszy w stronę Johna.

– Nie! Świętą Panienkę – burknął Anioł – oczywiście, że Los. Tyle razy ci tłumaczyłem, że jest kapryśnym bóstwem, a jego odwiedziny na Wyspie nigdy nie kończą się dobrze. Nie wzywaj go więc i mówże co cię sprowadza! – Anioł nie wydawał się już rozbawiony, a nawet jego ton zdradzał silne niezadowolenie. – Jak się domyślam nic co by mi się spodobało – dodał już nieco łagodniej.

Słysząc to Wilk mimo woli się uśmiechnął. Wolno opuścił głowę i spojrzał spode łba na Anioła. Mężczyźni chwilę mierzyli się wzrokiem. Anioł również się uśmiechnął.

– Ładne ciało ci dała. Co prawda nie przepadam za tego typu lalusiami, ale dla Anioła mogę zrobić wyjątek… – zniżając specyficznie głos Wilk poruszył dwuznacznie brwiami.

– Dziękuję, postoję. Czego poza tym ode mnie oczekujesz? – Anioł nie przestał się co prawda uśmiechać, ale z całej jego sylwetki zaczęło emanować rozdrażnienie.

– Sądziłem… to znaczy mówiono mi, że Anioły nie oceniają ludzi, że chronią swoje owieczki i pomagają spełniać ich najskrytsze pragnienia, jeśli oczywiście ci się potrafią modlić – Wilk zrobił pauzę. Anioł milczał patrząc mu w oczy. – Podobno jesteś nie tylko Anny Aniołem, ale i moim. Zwróciłem się właśnie do ciebie z życzeniem o spełnienie jakże małej zachcianki, a ty z gruntu mnie odstawiasz? Jak to tak? – nieprzerwanie mierzyli się wzrokiem. Wilk poprawił się na gałęzi. Biała koszula jaką miał na sobie zmieniła nagle barwę na czarną barwą korespondującą ze spodniami i odcieniem dobrze wypastowanych butów.

– Wszak nie po to tu przyszedłeś, żeby zaznawać Anielskiej miłości. – Anioł niemal szepnął udając melodramatyzm. – Dobrze zgaduję? Nie baw się wiec moim kosztem – Anioł przestał się uśmiechać – bo tak samo dobrze jak ja wiesz, że nie do tego się moja rola sprowadza. Wykrztuś czego chcesz i odstąp. Masz już Jeża, masz Annę, masz mnóstwo różnych różności. Czego ci jeszcze brakuje mości Wilku?

– Jak wiesz niedawno temu Anna przekazała władzę w moje ręce. Postanowiłem ten fakt nareszcie uczcić – Wilk spuścił nogi z gałęzi. Nie powrócił do tematu Anielskich powinności. – Chcę więc jutro urządzić bachanalia.

Anioł aż syknął i gwałtownie poderwał się na gałęzi. Zaraz jednak opanowawszy się, już wolniej spuścił nogi przybierając podobną do Wilka pozycję. Znów mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Anioł skapitulował pierwszy i odwrócił głowę. Wilk natychmiast szeroko się uśmiechnął.

– Wiesz co to oznacza Johnie? – szatyn pochylił się ku Aniołowi. – Ona nie tylko nie powinna w tym uczestniczyć, ale również nie może tego widzieć. Zabierz ją z Wyspy na jakiś czas. Niech ją Jastrząb czymś zajmie. Tyle chyba dla swojej ukochanej Iskiereczki MOŻESZ zrobić, co? – Wilk pochylił się jeszcze bardziej, a jego głos przeszedł w chrapliwy szept. Anioł przygryzł dolną wargę. Wysoki szatyn nie przestawał się uśmiechać. – Jeśli Anna nie zniknie do tego czasu z Wyspy sam znajdę dla niej zajęcie, ale jak się na pewno domyślasz nie będzie ono równie święte, jak to, czym ty byś ją zaabsorbował – słysząc to Anioł szybkim ruchem złapał Wilka za kołnierz koszuli i syknął jadowicie.

– Jeśli coś jej zrobisz… ty… ty… – nagle jednak równie gwałtownie co przed chwilą złapał, wypuścił szatyna. – Uważaj staruszku – zaczął gładzić poły koszuli Wilka i mówić nie patrząc mu w oczy – my, Stróże, mamy czasem w rękawach drobne niespodzianki dla swoich dziatek, którymi możemy w ostateczności je zaskakiwać. A jak sam zauważyłeś chwilę temu, jestem również TWOIM Aniołem… więc…

– Nie strasz, nie strasz. Żyję nie od dziś i jakoś nigdy dotąd nie zrobiłeś kompletnie NIC, żeby mnie sprowadzić na inną drogę niż ta, którą stąpam, więc odpuść sobie kazania i groźby – głos Wilka nie brzmiał już jednak tak swobodnie jak przed chwilą.

– Zrobię co w mojej mocy, aby usunąć Annę dla jej własnego dobra. Jeżeli mi się jednak nie uda i dowiem się potem, że coś się w czasie tych… – Anioł sprawiał wrażenie jakby miał przemożną ochotę zakląć, ale powstrzymał się – uroczystości – wycedził z niechęcią – jej się przytrafiło… bogowie mi świadkami, że się tobą zajmę w sposób najbardziej do tego predestynowany.

Wilk parsknął najpierw tłumionym, potem coraz głośniejszym śmiechem. Anioł bezsilnie się temu przyglądał. Wyglądało na to, że szatyn kpi sobie z niego w żywe oczy, a Skrzydlaty nie mógł na to kompletnie nic poradzić.

– Znam prawo Aniołeczku – Wilk spoważniał nagle i spojrzał na Skrzydlatego spode łba – nic mi nie możesz zrobić. Wolna wola to wolna wola. Jak będę chciał całą Wyspę zaleje Astral, a tobie pozostanie tylko się gapić na coraz to nowe rozrywki tutejszych mieszkańców z twoją świętoszkowatą Iskiereczką na czele, więc mnie nie drażnij. To będzie tylko jedna doba, doceń moją powściągliwość w rozpasaniu – Wilk westchnął z udawaną rezygnacją – a swoją drogą Zwierzyńcowi przyda się chwila wytchnienia od narzuconych przez Annę ograniczeń. Wszyscy są już zmęczeni zakazem polowań. Mamy swoje potrzeby. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja.

Anioł nie odezwał się ani słowem. Patrzył pustym wzrokiem gdzieś ponad głową Wilka. Zniecierpliwiony Powiernik Pieczęci pomachał mu ręką przed oczami.

– Halo! Dotarło do ciebie to co powiedziałem? Zrozum… – nie zdążył dokończyć, bo Anioł złapał go za przegub ręki i unieruchomił w pół gestu.

– Doskonale cię zrozumiałem – powiedział cicho, ale bardzo wyraźnie – mam nadzieję, że i ty mnie zrozumiałeś Wilczku – John puścił rękę Wilka. Szatyn bezwiednie zaczął rozcierać bolące miejsce. – Wiedziałem od początku, że nic dobrego nie wyniknie z przekazania władzy w twoje łapska, nie sądziłem jednak, że aż tak szybko zabierzesz się za wprowadzanie własnych porządków.

– A na co tu było czekać? – lekkim tonem wtrącił szatyn – na zbawienie? To twoje dziecię samo szuka guza, więc prędzej czy później go znajdzie. Chyba lepiej żeby wszystko zostało w rodzinie, nie sądzisz? – Anioł ze świstem wciągnął powietrze, powodując, że Wilk jakby odruchowo unikając ciosu odchylił się do tyłu.

– Zrobisz jak zechcesz. Oboje zawsze robiliście, co wam tylko do głów przyszło. Nie da się ukryć, że jesteście siebie warci. Moją rolą jest strzec, nie oceniać – burknął z niechęcią Anioł. – Chcecie mieć tu Astral to będziecie go mieli.

– Świetnie. No to ustalone – Wilk rozpromienił się kompletnie ignorując zły humor Johna.

Nieopodal zaszeleściły krzaki. Obaj mężczyźni natychmiast wciągnęli nogi na gałęzie i zamarli bez ruchu. Na polanę widoczną z wysokości konarów dębu wtoczyli się najpierw Lew, a potem goniąca go Anna. Dziewczyna miała rozwianą czuprynę i wymachiwała nad głową trzymaną w ręku prowizoryczną maczugą zrobioną z kawałka gigantycznej paproci.

– Ja ci dam polować na mojej Wyspie – krzyczała dziewczyna – jeszcze mnie popamiętasz cholero jedna. Brakuje ci atrakcji królu od siedmiu boleści?! Zaraz ci ten patyczek wetknę tam gdzie słońce nie dochodzi aż ci bestio gardłem wyjdzie! Posmakujesz atrakcji w moim wydaniu! Niech cię tylko dogonię! Poczekaj tylko, a się przekonasz! – Lew pędził bez tchu, długimi ramionami niemal na oślep rozgarniając gąszcz na swojej drodze.

– Anka przestań! – krzyczał z wyraźną desperacją w głosie – to były tylko żarty. Pliszce nic się przecież nie stało. Więcej nie będę! Proszę cię, odpuść! – obie postacie z dużą prędkością minęły dąb zajęty przez Wilka i Anioła, by przetoczywszy się po polanie zginąć w chaszczach na drugim jej końcu. Jeszcze przez chwilę słychać było piski Lwa, które jednak szybko ucichły.

– Jak dzieci – pierwszy przerwał panującą ciszę Wilk – sam widzisz, że tej Wyspie zdecydowanie potrzeba nieco rozrywki, bo inaczej pozjadają się wszyscy nawzajem. A bachanalia na jakiś czas zażegnają to niebezpieczeństwo i to w sposób częściowo kontrolowany.

– Właśnie…! Tylko częściowo – burknął Anioł.

– Doskonale wiesz, że mam rację. Nawet w Międzywymiarze Zwierzaki nie tracą swoich upodobań i potrzeb. Nie wolno tego ot, tak sobie zostawiać na żywioł. Zobacz co się stało z Lwem,  a z tego co wiem od Anny był z nich wszystkich w miarę najspokojniejszy – głos Wilka stał się zadziwiająco łagodny, niemal czuły – wiesz przecież, że bardzo Annę lubię. Nie zrobiłbym jej krzywdy. Właśnie dlatego przyszedłem do ciebie. Nie musiałem, a jednak to zrobiłem. Jesteś Aniołem, umiesz więc czytać w sercach ludzi, czyż nie?

– Dobra, dobra – Anioł podniósł ręce w geście poddania – nic już przecież nie mówię. Pomogę. Zabiorę Annę jeśli się da, rób sobie te bachanalia. Nie jestem od oceniania…

– No i dobrze – już dużo swobodniej podsumował Wilk – w takim razie załatwione. Znikam.

Jak powiedział, tak zrobił. Gałąź przed Aniołem znów była pusta. W powietrzu jednak jeszcze przez dobrą chwilę unosiła się ciężkawa woń wilczej wody kolońskiej.

– Zabrać ją… – mruknął Anioł do siebie – niby dokąd i jak? Przecież ta uparta koza nie da się stąd granatem wyrwać – westchnął z rezygnacją i również zniknął.

****

Lew musiał użyć całego swojego sprytu aby umknąć Annie. Niemal cudem – biorąc jej doskonałą znajomość Wyspy – udało mu się zgubić ślad i ostatecznie skryć się przed przyjaciółką. Pierwszy raz widział ją aż tak rozzłoszczoną i to o co? O Pliszkę? Tego Pliszkę? Małego, smętnego ptaszka? „Nigdy nie pojmę kobiet” – powiedział sam do siebie skręcając na ścieżkę prowadzącą do Zaułka Zakochanych. Lubił to miejsce, bo rzadko kto o nim pamiętał i w labiryncie stworzonym z żywopłotów zawsze było pusto, cicho i intymnie. Lew zwykł tam od pewnego czasu się chować przed Anną i odpoczywać od jej natarczywego wścibstwa. Tym razem także zaplanował uciąć sobie krótką drzemkę w sercu labiryntu. Samotność mu służyła. Nikomu nie musiał się opowiadać co i gdzie porabia. Taka samodzielność – nie do końca z wyboru – miała oczywiście swoje minusy, czyli pusty brzuch i brak wielu rozrywek. Pozwalała jednak na całkowitą wolność wyboru co do planu dnia i ewentualnego jadłospisu. Niestety Anna mimo woli uprzykrzyła Lwu jego samodzielność i niezależność. Ciągle bowiem go pytała: „Nie jest ci z tym źle? Nie chciałbyś, żeby ktoś się tobą zajął? Nie jesteś głodny? Nie masz ochoty popolować? A dlaczego jesteś taki wybredny co do menu? Może ty tak naprawdę wcale nie lubisz właśnie takich dań, może wolisz co innego, tylko nie umiesz się do tego przyznać tchórzu jeden? Kobiety nie gryzą, wiesz? Jakbyś zamknął oczy to wcale nie poczułbyś różnicy, gwarantuję!” Miał jej tak serdecznie z tego powodu dość, że w końcu zżarł Pliszkę i nie zamierzał na tym poprzestać. „Jeszcze jej pokażę, babie jednej! Mnie będzie straszyła napastowaniem, mnie?! Króla dżungli?! Lwa?!”

– Też tak sądzę – usłyszał nagle. Tak go to zaskoczyło, że aż się zatrzymał. W pierwszej chwili gotów byłby przysiąc, że mu się tylko wydawało, ale głos znów się odezwał – jestem tutaj. – Lew zadarł głowę i aż otworzył usta ze zdziwienia. Wśród liści rozłożystego eukaliptusa siedział w najlepsze Miś Koala i wolno żuł gumę. – Nie chciałem cię wcale przestraszyć. Od pewnego czasu obserwowałem cię w czasie twoich wycieczek po labiryncie i doszedłem do wniosku – Koala mówił bardzo wolno i wyraźnie – że chyba jesteś troszeczkę samotny. Czy zgadłem? – zanim Lew się nad tym zastanowił odruchowo powiedział prawdę.

– Noooo – potem jednak wzruszył ramionami niby to od niechcenia – no i co z tego?

– Wiesz… – Koala się speszył – ja też.

– I…? – Lew udawał obojętnego, ale nieznajomy coraz mocniej zaczynał go swoją bezpośredniością intrygować.

– Może zejdę z tego drzewa, to nam się będzie lepiej rozmawiało? – Koala wyglądał na coraz bardziej speszonego.

– Niewątpliwie – przyznał Lew kiwając przy tym głową – poza tym będę mógł cię lepiej zobaczyć, bo z tej odległości i bez okularów to nie tego no…

– Nie ma znowu na co patrzeć – szepnął Koala kokieteryjnie i zsunął się po pniu eukaliptusa. Był raczej wysokim i szczupłym mężczyzną. Powolność jego ruchów czyniła go podobnym do hinduskich joginów.

– Pozwolisz, że sam ocenię? Mam chyba do tego jako takie prawo, w sumie to TY mnie zaczepiłeś pierwszy – buńczucznie podsumował Lew. Kiedy Koala stanął przed nim, domniemany król dżungli przebiegł wzrokiem po sylwetce nowego znajomego. – No dobra, możesz iść ze mną na ten spacer, co mi tam – zatrzymał wzrok na oczach Koali i nagle się zaczerwienił. Miś zaś najspokojniej w świecie uśmiechnął się.

– Miałem nadzieję, że to powiesz. Chodźmy więc – i bez dodatkowych wstępów wziął Lwa pod rękę. A potem wolno, krok za krokiem ruszyli w stronę Zaułka Zakochanych.

Słońce właśnie zaczynało czerwienieć zwiastując nadchodzący koniec dnia. Z oddali słychać było cichnącą rozmowę dwóch mężczyzn, z których jeden mówił szybko i dużo, a drugi raczej wolno i niewiele.

******

Tygrys snuł się po wyspie bez celu. Od wielu godzin uśmiechał się głupkowato sam do siebie. Każde wspomnienie Szakala przyprawiało go o dreszcz. Nikt już od bardzo, bardzo dawna nie wywarł na nim tak silnego wrażenia. Nawet Diabeł nie mógł się mierzyć z kimś takim jak Szakal. Może to była tylko przelotna miłostka. Może już jutro Dzikusowi miało przyjść zapomnieć o nowym kochanku, w tej jednak chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Sher Khan był tak rozanielony, że nic nie byłoby w stanie zniszczyć jego dobrego samopoczucia. Czuł się pijany błogostanem i napawał się tą chwilą. Wiedział lepiej niż ktokolwiek inny na Wyspie, że takie momenty bywają boleśnie ulotne, więc chciał się nasycić tym co Los jakże niespodziewanie mu ofiarował.

Właśnie planował skręcić w stronę swojej nory, kiedy koci instynkt kazał mu się zatrzymać. Odruchowo przypadł do ziemi kryjąc się w wysokiej trawie. Tak skulony zaczął nasłuchiwać. Nie miał pojęcia co się stało, jaki szmer tak podziałam na jego tygrysie zmysły, ale nauczony doświadczeniem wiedział, że nie ma możliwości, aby się pomylił. Czekał więc cierpliwie przez kilkanaście uderzeń serca. Spomiędzy pobliskich krzewów dał się nareszcie słyszeć cichy szloch. Tygrys wsłuchiwał się w ten dźwięk przez moment, by ostatecznie z całkowitą pewnością uznać, że to musi być Anna. Wolniutko wstał z kucek i bezszelestnie ruszył w jej stronę.

Rzeczywiście, na kamieniu miedzy krzewami dzikiego bzu siedziała Anna i ocierając oczy wierzchem dłoni cicho pochlipywała. Lubił ją, więc już w pierwszym odruchu zrobiło mu się jej szkoda. Nie wiedział jeszcze co mogło wywołać u dziewczyny łzy, ale bez względu na powód zapragnął ją jakoś pocieszyć. Niestety nie był w tej sztuce mistrzem…

– Czego beczysz? – wypalił oschle. Anna, która nie mogła słyszeć jak się skrada aż podskoczyła zaskoczona czyjąś obecnością.

– Wcale nie beczę – natychmiast odwróciła twarz w drugą stronę i pociągając nosem zaczęła ocierać łezy.

– No przecież widzę – Tygrys tym samym, rzeczowym tonem kontynuował śledztwo.

– Cos mi wpadło do oka i tyle. Nie twoja sprawa. Idź sobie – rwanym od spazmów głosem Anna usiłowała się nieudolnie bronić.

– Co się stało? – głos Tygrysa nieco złagodniał. Chłopak usiadł obok niej na długim, płaskim kamieniu i pogłaskał ją po plecach. – Cokolwiek to jest nie będzie trwało wiecznie. Nie martw się.

– Ale on odszedł – Anna zająknęła się i odwracając twarz w stronę Dzikusa pozwoliła łzom płynąć – i to pewnie na dobre. Tam jest tak pusto teraz i zimno… – Tygrys mógł zobaczyć jak Twarda Babka beczy w najlepsze. Miała już mocno opuchnięte oczy i nabrzmiałe policzki, nie wspominając o czerwonym nosie.

– Kto odszedł? – Dzikus nie potrafił się połapać w jej wypowiedzi.

– Mój… mój… brat – wydukała.

– Wilk?!! – Tygrys niemal się roześmiał – przecież do niemożliwe!

– Naprawdę! – Anna podniosła głos – słowo honoru! Sama widziałam!

– Pieprzysz – niegrzecznie burknął Dziki Kot.

– Chodź, to ci pokażę – Anna poderwała się jak sprężyna.

– A nie ma sprawy. Zawsze chciałem obejrzeć Wilczą Wieżę od środka – również się podniósł. Anna natychmiast odwróciła się na pięcie i pobiegła ścieżką. Tygrys bez namysłu ruszył za nią.

Biegli dość długo. Dzikus cały czas się zastanawiał jak Anna ma zamiar sforsować fale oceanu. Nie mieli przecież łódki, on nie potrafił jeszcze latać, a Wieża Powiernika Pieczęci stała na osobnej wysepce sporo oddalonej od głównego lądu. Okazało się jednak, że z Wyspy istnieje podziemne przejście do kryjówki Wilka.

Tygrys jak zaczarowany z rozdziawioną gębą oglądał podziemny labirynt wilgotnych korytarzy, którym go Anna prowadziła. Kiedy dotarli do wielkich schodów zbudowanych z potężnych bloków skalnych, Dzikus nie wytrzymał.

– Kto to wszystko zbudował?

– Ja – padła krótka odpowiedź. Anna poruszała się w tym świecie z niezwykłą naturalną łatwością, jakby znała najmniejszą grudkę gliny w tym wymiarze. Patrząc na to Tygrys musiał się w duchu przyznać, że coraz bardziej tę dziewczynę szanuje, a może nawet podziwia. – To tu – Anna stwierdziła kiedy dotarli do wielkich, dębowych drzwi ze sztabą. Dziewczyna dotknęła palcami zamka i sztaba odskoczyła. – Normalnie ani by drgnęła. To najlepszy dowód, że go nie ma. Tak łatwo nie wpuściłby nas do swojego domu.

Tygrys jedynie wzruszył ramionami. Musiał jej wierzyć na słowo. Nie znał za dobrze Wilka. Widział go na Wyspie parę razy. Nawet zamienili ze sobą kilka zdań, ale na tym koniec. Ciężko to było nazwać jakąś bliższą znajomością. Jednak słyszał wiele o Powierniku Pieczęci i płonął ciekawością jaki on naprawdę jest.

– To wchodzimy? – Anna spytała niepewnie.

– No jasne! – Tygrys odpowiedział z ledwo skrywanym entuzjazmem.

Weszli na jeszcze jedne, tym razem kręcone schody, by rozpocząć wspinaczkę ku górze. Co i raz mijali kolejne poziomy-piętra, ale nie zatrzymywali się. Anna szła jako pierwsza, za nią nieustannie rozglądając się podążał Tygrys. Po długiej chwili i niezliczonej ilości pokonanych schodów stanęli przed metalowymi drzwiami, które były uchylone. Gdzieś w oddali słychać było świst wiatru. Anna pchnęła lekko drzwi i bardzo ostrożnie weszła do, jak się okazało, dużej półokrągłej sali.

Zaraz za nią wsunął się chudy młokos ze zmierzwioną czupryną. Na twarzy drgał mu uśmieszek, a z oczu można było wyczytać coś więcej niż samo podekscytowanie brojącego dziecka.

– Kurwa, w życiu nie przypuszczałem, że dotrę tak daleko – Tygrys mruknął chyba bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego.

– Nie przeklinaj – odszepnęła Anna chodząc wokół pokoju i rozglądając się jakby czegoś szukała.

Pokój był bogato urządzony. Stały tu stare, dębowe nieco w wiktoriańskim stylu meble, skórzane fotele i sofa oraz mnóstwo taboretów pasujących do reszty. Nawet okrągłe skórzane pufy były perfekcyjnie dobrane. Na ścianie z bloków piaskowca, wisiała skóra z dzika a na niej skrzyżowane miecze i toporki przykryte okrągłą tarczą. Gdzieniegdzie widać było również – na pierwszy rzut oka – cenne obrazy przedstawiające sielskie widoczki.

„Co za kicz” – w pierwszej chwili pomyślał Tygrys. Zaraz jednak przyglądając się obrazom musiał przyznać, że nie tylko wyszły spod pędzla dobrego artysty, ale również idealnie pasowały do wnętrza stylizowanego na starodawny pokoik iście z bajki o wysokiej wieży. „Komnata księżniczki” – parsknął pod nosem Tygrys, ale tak, aby Anna nie mogła go usłyszeć – „albo czarnoksiężnika” – dodał po namyśle. Bowiem z boku, przy tajemniczych drzwiach prowadzących nie wiadomo dokąd, stał wielki regał wypełniony po brzegi retortami, flaszami, probówkami, aparatami do destylacji i mnóstwem narzędzi nieokreślonego przeznaczenia. N widok którego Tygrys mimo woli się wzdrygnął. „Co on tu kurwa kombinuje? Jest magiem, czy co?” – szepnął do siebie.

W tym czasie Anna zajrzała już niemal w każdy kąt. Broda jej drgała, a w oczach błyszczały łzy. Dziewczyna wyglądała na załamaną.

– Tak zwyczajnie odszedł. Nawet wszystkich rzeczy nie zabrał. Ot, zniknął i tyle – głośno pociągnęła nosem. – Co ja mu takiego zrobiłam? Przecież nie przychodziłam tutaj, nie napraszałam się. Zawsze grzecznie czekałam na zaproszenie. Dlaczego on mi to w kółko robi? – Tygrys miał wrażenie, że dziewczyna jest w szoku, albo innego rodzaju transie. Mówiła jednym ciągiem i kompletnie nie zwracała na niego uwagi – i co my teraz zrobimy? Kto go zastąpi? Ja już przecież nie mogę przejąć jego obowiązków? Kto się zajmie osnową? Kto przypilnuje wszystkiego? Jestem taka zmęczona… – westchnęła, by zaraz drgnąć na dźwięk rozbawionego głosu.

– Czym jesteś taka zmęczona siostrzyczko? – oboje z Tygrysem natychmiast się obrócili. W drzwiach wejściowych stał uśmiechnięty szeroko Wilk. Miał na sobie idealnie czarny strój i doskonale wypastowane buty błyszczące nowością. Niedbałym gestem odgarnął włosy z czoła i przeszedł parę kroków w głąb pokoju. – Co? Aneczko? Czym cię znowu tak zmęczyłem i dlaczego nieodmiennie ja? – Tygrys widział jak dziewczyna zaczyna się kurczyć w sobie, a Wilk coraz szerzej uśmiechać.

– Ja tylko… – Anna zająknęła się i spuściła głowę.

– O losie – szatyn opadł na sofę i wyciągając na całą długość nogi założył ręce pod głowę – Iskra jaka ty potrafisz być naiwna.

– Nie rozumiem – znów bąknęła Anna. Tygrys nie poznawał jej. Z dzikiej zarządczyni Wyspy przeobraziła się nagle w karcone dziecko.

– Nie ma mnie tylko przez chwilę, a ty od razu podnosisz raban, wciągasz w to nie wiedzieć czemu biednego Tygrysa, nachodzisz mnie bez zaproszenia… Co się z tobą dzieje moja droga? – Wilk mówił bardzo spokojnie. Jego niski głos wzmacniało echo odzywające się ze schodów, które widać było w otwartych drzwiach.

– Zauważyłam, że zniknąłeś, zaczęłam się martwić, Wyspa nie może tak długo pozostawać bez opieki… – Anna sprawiała wrażenie kogoś klepiącego z pamięci słabo przyswojoną formułkę. Tygrys uparcie milczał. Przyszło mu do głowy, że niegrzecznym byłoby wtrącać się w rodzinne niesnaski.

– Powiedz lepiej, że zwyczajnie chciałaś zobaczyć co się tu dzieje. Zawsze tak samo uparta i strasznie wścibska. Ale wystarczyło powiedzieć, zaprosiłbym cię na kawę w odpowiednim momencie… – zza drzwi, które dotychczas pozostawały zamknięte dała się słyszeć nagle spuszczana woda. Zaraz potem w szparze pokazała się głowa, a następnie reszta ciała wysokiego mężczyzny, który pogwizdując wszedł do pokoju. Miał na sobie jedynie ręcznik zawiązany wokół pasa, ociekał wodą, miał bose stopy i wycierał niewielkim ręcznikiem mokrą głowę. – A tak… – roześmiał się Wilk patrząc na skrajne zmieszanie Anny – poznaj Jeża w jego najlepszym wcieleniu.

– Co jest? – burknął oszołomiony młodzian. Stał niemal nagi i przenosił zdziwione spojrzenie z Tygrysa na Annę i z Anny na Tygrysa. – Spodziewaliśmy się gości? – burknął takim tonem, jakby chciał powiedzieć „wypierdalać z mojego domu”.

– Nie – krótko odpowiedział Wilk – ale Anna tak bardzo paliła się do tego, żeby cię poznać, że postanowiła nam zrobić nalot.

– To nie tak… – Anna zaczęła się cofać w stronę tarasu, który był za jej plecami – naprawdę. Chciałam tylko… przepraszam naprawdę… – zająknęła się i przerwała. Nagle odwróciła się i w kilku susach pokonała odległość dzielącą ją od balustrady tarasu. Tygrys aż krzyknął widząc jak dziewczyna zwinnie pokonuje przeszkodę i znika za jej brzegiem. Uspokoił się jednak kiedy Kobieta-Sokół wzbiła się w powietrze i poszybowała w stronę głównego lądu. W tej samej chwili Wilk zaniósł się głośnym śmiechem.

– Narwana jak zawsze. Nierozsądna i egzaltowana – wstał z sofy i podszedł do niewielkiego kredensu stojącego przy jednej ze ścian. – Uwielbiam jej to robić. Ona tak cudownie się peszy i ciągle wierzy, że jest ważna. Aż czasami mam ochotę robić jej przyjemność i pozwalam sobie na taki małe gry wobec niej. – Sięgnął po karafkę i nie odwracając się od kredensu spytał – napijesz się czegoś Tygrysku? Aj! Cholera, zapomniałem o prezentacji – odwrócił się twarzą do mężczyzn – pani, która tak pośpiesznie nas opuściła była Jeżyku Anną, o której ci ostatnio wspominałem. A to jest Tygrys, o nim też już słyszałeś. – Obaj mężczyźni, Tygrys i Jeż skinęli sobie głowami. – Może byś się tak ubrał? Czy masz zamiar grać z gołym tyłkiem. Tylko nie będę się wtedy w stanie skupić i ani chybi przegramy – Wilk znów się uśmiechnął.

– Co ty znowu wymyśliłeś? Mieliśmy być dziś sami, mam robotę – z wyraźnym niezadowoleniem odpowiedział Jeż. Znowu wycierał włosy i sprawiał wrażenie jakby całkowicie zapomniał o obecności Tygrysa.

– Mówiłem ci przecież, że dziś brydżujemy. Tygrys już jest, zaraz zjawi się czwarty…

– O mnie mówicie? – na dźwięk znajomego głosu Dzikus drgnął i poczuł jak jeżą mu się włosy na karku. Nie tylko zresztą ta część jego ciała zareagowała na powitanie Szakala.

Postawny, szpakowaty mężczyzna stał w otwartych drzwiach na schody opierając się bokiem o framugę i przyglądał się Tygrysowi zupełnie jakby nikogo innego nie było w pokoju. Dzikus uśmiechnął się lekko wymieniając spojrzenie z nowoprzybyłym.

– Jesteś? – bardziej stwierdził, niż spytał Wilk. – No to mamy komplet. Czego się napijecie?

Nikt mu nie odpowiedział. Jeż podszedł do niego mlaskając bosymi stopami po marmurowej posadzce i zaczął coś szeptać poirytowanym tonem. W tym czasie Szakal odepchnął się od framugi i wolno ruszył w stronę Tygrysa. Dzikus przełknął ślinę. Starszy mężczyzna od pierwszej chwili kiedy się spotkali robił na nim duże wrażenie. Choć nie miało to zbyt wiele wspólnego z jego wyglądem, Szakal bowiem nie był idealnie w typie Sher Khana. Za szczupły, za ładny, za mało toporny. A jednak działał na Dzikusa jak nikt inny.

– Oszukałeś mnie – szepnął Szakal stając przed Dzikim Kotem – nie ładnie – głos brzmiał dziwnie dwuznacznie – ale tym razem ci wybaczę. Domyślam się bowiem powodów twojego kłamstewka – nagle twarz Szakala zaczęła zmieniać rysy – tęsknisz za nim jeszcze? – Tygrys aż się wzdrygnął kiedy niespodziewanie zamiast Szakala zobaczył przed sobą Diabła – czy też może… – znów rysy zamigotały i powróciła twarz Szakala – dobrze ci tak jak jest? – Tygrys westchnął przeciągle.

– Posłuchaj… – przez chwilę pomyślał, że teraz on się będzie tak głupio tłumaczył, jak jeszcze chwilę temu robiła to Anna. Każdy widać ma swojego wilka.

– Nie ważne – Szakal uśmiechnął się nieznacznie – za bardzo cię lubię, żeby się czepiać szczegółów. Nie miałbyś ochoty odświeżyć przed brydżykiem? Oni tu mają zajebisty prysznic – Tygrys wyszczerzył się w wyrazie aprobaty i entuzjazmu jednocześnie. – Zostawimy was na chwilę – głośniej powiedział Szakal nie patrząc w stronę Wilka i jego towarzysza.

– Nie ma sprawy – odkrzyknął Wilk również nie patrząc w ich stronę. Właśnie kłócił się zapamiętale z Jeżem i widać nie był zainteresowany zaniechaniem sporu.

Szakal wolno podszedł do drzwi i przepuszczając Tygrysa przodem rzucił od niechcenia w stronę kłócących się mężczyzn:

– Nie czekajcie z obiadem i nie przeszkadzajcie sobie gołąbeczki – potem śmiejąc się zamknął za sobą drzwi.

– Co wyście tam u licha robili tak długo? – zakpił Wilk, widząc wychodzących z łazienki mężczyzn.

– Pytasz jakbyś kuźwa nie wiedział – odpowiedział tym samym tonem Tygrys. – Fajną masz tu łazienkę. Jest wielkości całego mojego mieszkania, choć lepiej urządzona. – Wszyscy zgromadzeni zaśmiali się z żartu.

Rozsiedli się wokół wielkiego dębowego stołu z nogami w kształcie pędów winorośli i każdy zajął się sączeniem własnego trunku. Wilk z niewielkiego pudełeczka wyjął karty i wolno zaczął je tasować.

– Tygrys, a ty w ogóle wiesz kim tak naprawdę jest Szakal – po twarzy gospodarza błąkał się niewyraźny uśmieszek. Dzikus poczuł nieokreślone ukłucie złego przeczucia.

– Fajnym facetem – odpowiedział na odczepnego.

– To każdy widzi i ci oczywiście piekielnie zazdrości – Wilk mrugnął porozumiewawczo znad okularów w stronę Szakala. – Ale właściwie nie to miałem na myśli.

– Wilk pyta czy się domyślasz jaką funkcję pełnię na Wyspie – gwoli sprostowania wtrącił Szakal. – On nie ma pojęcia – dodał w stronę Wilka.

– O czym wy do cholery mówicie? Jesteś żonaty, czy co? – Tygrys się zdenerwował. Nie lubił kiedy się z niego robiło idiotę i urządzało nieokreślone gierki słowne jego kosztem.

– Nie! Na litość, co to, to nie! – głośno roześmiał się Szakal – Wieczny Kochanek nie może mieć żony – dalej się śmiał. Tygrys patrzył na niego bez zrozumienia.

– Kto taki? – Dziki Kot zamarł na chwilę.

– Dobrze słyszałeś – wtrącił od niechcenia Wilk. – To sławny Wieczny Kochanek. Istota płynąca przez wieki i przybierająca ciało tylko w tym wymiarze.

– Że co? – Tygrys rozdziawił usta w wyrazie kompletnego niezrozumienia.

– On w tu-i-teraz nie istnieje – spokojnie wyjaśnił Wilk. Szakal zaś pochylił się ku Tygrysowi i protekcjonalnie kładąc rękę na ramieniu szepnął poufale.

– Wilk łże jak niewierny pies. Oczywiście, że ja istnieję w twoim wymiarze, ale nie chciałbyś mnie tam spotkać, bo byłby to pierwszy i ostatni raz – uśmiech Szakala stał się zimny i obcy. Tygrysowi spłynął dreszcz po plecach.

– Chyba nie rozumiem – bąknął bez przekonania. Szakal cofnął rękę.

– Naprawdę nie wiesz kim jest Wieczny Kochanek? Anna ci nie mówiła? – Wilk wyglądał na szczerze ubawionego tą sytuacją.

– Ona o nas nie wie – wyjaśnił spokojnie Szakal.

– To Śmierć – po raz pierwszy odezwał się Jeż. – Jebana Śmierć matołku. Rżnąłeś się ze Śmiercią.

– Ooooooo jak brzydko się w tym domu o mnie mówi i tak jakoś bez należytego szacunku – Szakal radośnie skwitował Jeżową złośliwość. – Powinieneś z tym zrobić Wilczku porządek – obaj mężczyźni zanieśli się śmiechem.

– Jak tylko wyjdziecie spuszczę chujkowi łomot, masz to u mnie Jeżyku – Wilk sięgnął gdzieś pod stołem i zaraz po tym Jeż drgnął.

– Przestań kurwa! – obruszył się kolczasty – co robisz do cholery.

– Już tego nie lubisz – Wilk zamrugał udając zalotną panienkę i cmoknął powietrze. – Tylko przy was taki skromniutki, ale jak zostaniemy sami… – Jeż powiedział coś bezgłośnie wywołując tym samy śmiech Wilka.

Tygrys czuł, że mu się zaczyna kręcić w głowie. Nagle dotarło do niego w jak wielkim świecie absurdu się znalazł i zaczął się poważnie zastanawiać czy chce w nim pozostać. Z drugiej jednak strony był Klucznikiem, spoczywała na nim odpowiedzialność. Po części sam był w tu-i-teraz „nie z tego świata”, więc co za różnica z kim i jak romansował. A Szakal bił na głowę wszystkich jego dotychczasowych partnerów. Pewnie stąd jego przydomek „Wieczny Kochanek”, bo znał się kurwa na robocie jak jasna cholera.

– To co? Zaczynamy grę? Pokerek, czy brydżyk? – Wilk mimo woli przerwał rozmyślania Tygrysa. Dzikus westchnął w duchu „co ma być to będzie, nawet Śmierć mi nie straszna”. – Musimy jakoś dotrwać do jutrzejszego poranka, a to dobrych parę godzin.

– Co będzie jutro? – zainteresował się Jeż.

– Bachanalia! Panowie wielka zabawa na cześć Wilczego Stada – Powiernik Pieczęci rozpromienił się w błogim uśmiechu.

– Rany! jak ci się udało to przeforsować? – Szakal zaczął klaskać wolno i z uznaniem.

– Teraz JA tu decyduję o rodzaju zabaw, więc… sam rozumiesz co wybrałem – Wilk wyjaśnił z wyraźną dumą.

– A co na to Anna? – zainteresował się Dziki Kot. Wilk zaczął spokojnie rozdawać na czterech.

– John obiecał ją stąd zabrać na ten czas. Jeśli mu się nie uda, jeśli ta uparta kretynka jednak zostanie, osobiście się nią zajmę. Jestem zmęczony jej totalną bezmyślnością. Czas dać babie jednej nauczkę. Zachciało jej się Wilka, to go będzie miała – ostatnie słowa wypowiedział z jawną złością.

– Ciekawe gdzie – wtrącił Jeż.

– Co gdzie? – zdziwił się Wilk.

– Gdzie tego wilka będzie miała – zarechotał rubasznie Szakal.

– A to już nie wasz zasrany interes – burknął dziwnie poirytowany Wilk.

– Nie powiedziałbym, żeby to znowu nie był MÓJ interes – oburzył się Jeż.

– Trzeba się mniej lekturą zajmować, a bardziej swoim współlokatorem to nie będziesz musiał patrzeć jak cię inni wyręczają, chujku – znowu swobodniej odpowiedział Wilk. – Łapcie się za karty i licytujemy. Jeż wzruszył ramionami i burknął coś pod nosem.

Wszyscy sięgnęli grzecznie po swoje kupki kart i zaczęli je mozolnie układać. Za oknem panował już całkowity mrok, nawet gwiazd nie było widać. Gdzieś w oddali słychać było krzyki nocnych ptaków. Już za kilka godzin, wraz z budzącym się świtem z ziemi miała się podnieść gęsta jak mleko mgła. Na razie jednak powietrze było jeszcze czyste i pachnące latem.

____________________